Coś poszło nie tak, czyli kolorówkowe buble

19 lutego 2017

Dzisiejszego wpisu najchętniej nie robiłabym wcale. W sumie nic dziwnego! Nikt nie lubi wydawać pieniędzy na coś, co się nie sprawdza. Z drugiej strony, jak każda baba muszę czasami popsioczyć na to i owo. Tym krótki wstępem zapraszam więc na moje psioczenie.


EVELINE COSMETICS IDEAL COVER

Na pierwszy rzut Eveline Cosmetics Ideal Cover - podkład mający zakrywać wszelkie niedoskonałości, dawać efekt matu i do tego wytrwać na twarzy 16h. Dla mnie brzmi jak podkład idealny. No może gdyby nie mały fakt, że nie spełnia żadnej z obietnic producenta. Po pierwsze: taki cover to on nie jest. Ba! Nie jest nawet średnio kryjący. Większość kremów BB sprawdza się w tej kwestii dużo lepiej. Po drugie: żeby go zmatowić potrzeba pół opakowania pudru, a umówmy się: nie chcę mieć ani świecącej twarzy, ani co drugi dzień latać do Rossmanna po puder. Sam w sobie więc nie matowi wcale, przez co i trwałość jest bardzo kiepska (znika po 3 godzinach). Do tego nie da się go odpowiednio rozprowadzić na twarzy i za każdym razem pojawiają się smugi, jakby istniała między nim, a skórą niewidzialna, oddzielająca warstwa. Zaznaczę, że próbowałam go nakładać na różne kremy, bazy, "gołą" cerę, beauty blenderem, pędzlem i rękami, a zwarzona macha i tak występowała. Poddałam się i powiedziałam basta. Przyjaciel powędrował do kosza.


KOREKTOR LOREAL TRUE MATCH

Od korektora Loreal True Match wymagałam sporo już na samym starcie i niestety zawiodłam się podwójnie. Po pierwsze: dlatego, że to jedna z moich ulubionych marek drogeryjnych, po drugie: kosztuje 36 zł, czyli ponad drugie tyle, co mój ukochany kamuflaż w płynie z Catrice. Wybrałam kolor 2 Vanilla  i niestety jest trochę za ciemny i za ciepły. Jednak nie to jest jego wadą, bo przecież mogłam kupić inny odcień i byłoby po krzyku. Korektor po wklepaniu bardzo podkreśla każdą zmarszczkę, a już po godzinie warzy się, co objawia się zbieraniem w załamaniach. Próbowałam go więc używać na niedoskonałości, ale w tym przypadku nie kryje wcale. Pozostaje mi więc oddać go komuś mniej wymagającemu...


BAZA POD CIENIE JOKO

Baza pod cienie Joko została mi polecona przez mamę mojego chłopaka i znalazła się nawet w ulubieńcach marca. Jednak po krótkim czasie zaczęła mi przeszkadzać, aż w końcu całkiem zaprzestałam jej używania. O ile przez pierwsze dwa miesiące sprawdzała się bardzo dobrze: była kremowa, ładnie się rozprowadzała, podbijała kolor cieni i utrzymywała ich trwałość, o tyle później już było tylko gorzej. Baza zaczęła się ważyć na powiece, pojawiały się nieprzyjemne grudki (była przed terminem ważności), co znacznie przeszkadzało w wykonywaniu codziennego makijażu. Niestety również wylądowała w koszu.




Jak widać, różne kosmetyki mogą się sprawdzać zupełnie inaczej u każdej z nas. Pozostaje nam więc tylko dalej szukać ideałów... 


  • Udostępnij:

Przeczytaj również:

0 komentarze

Jeśli masz jakieś pytanie, zadaj je tutaj - na pewno odpowiem! :)